czwartek, 28 stycznia 2016

Na tropie seryjnego mordercy nad Zatoką Słupiańską (wilki, orły czy inne stwory? Próba odpowiedzi)



H: Pogoda we wtorek nie była spacerowa. Jednak ruszyliśmy rodzinnie (+ Filip, kolega Miłosza) na Słupie. Mimo deszczu, niknącego śniegu, zgubionej rękawicy i trupa łabędzia… gęba mi się śmiała straszliwie. Widzieliśmy trzy orły i tropiliśmy wilki. 

 fot. Hubert, środowe zdjęcie tropu wilka,
 jako skala porównawcza dłoń Miłosza w rękawicy


Wtorek

M: Szczerze mówiąc, to tak naprawdę nie wiedziałem o tym, że łabędzie nawet śpią na lodzie. Fajnie to wyglądało, jak tak sobie siedziały i człapały swoimi płetwami po lodzie. Część siedziała na lodzie, a część pływała, bo Wigry nie całe były zamarznięte. Było ich bardzo dużo. Tylko w oddali było widać białe kropki łabędzi i stado czarnych punkcików łysek.

 fot.  Hubert, Łabędzie i łyski

H: Na Półwyspie Dąbek, w dawnym ośrodku turystycznym, wciąż widać zorganizowane grupy, ale tym razem ptactwa wszelakiego. Po ośrodku nie ma już prawie śladu poza asfaltową drogą i kilkoma kręgami studni. Resztę pochłonął las.

fot. Hubert, las słupiański i uczestnicy pleneru
 
H: Kilka lat temu zimową porą w tym miejscu znalazłem truchło łabędzia zjedzonego częściowo przez jakiegoś zwierza. Mnóstwo piór, fragmenty kości… winnego brak.
Innym razem idąc od strony suchara Rzepiskowego wszedłem na lód Wigier i… poderwałem dwa orły, które raczyły się, a jakże, łabędziem. Dziś znowu znaleźliśmy tam martwego łabędzia…

Okazuje się zatem, że jest jakaś powtarzalność w przyrodzie, a zimujące rokrocznie w tym miejscu łabędzie często stają się kolejnym ogniwem łańcucha pokarmowego… Zbyt wiele ofiar na Słupiu… czyli może jakiś seryjny morderca, a może zwyczajne „zejście” z głodu, chłodu lub choroby, a w konsekwencji „padlinożarcie” miejscowych amatorów łatwej (bo mało już ruchliwej) zdobyczy.

fot. Hubert, samotny

fot. Miłosz, starszy łabędź, zaobrączkowany

fot. Hubert, w sumie łatwy łup... szczególnie jak śpi..

H: Czyli zaczęło się tradycyjnie i mało ambitnie. Dużo łabędzi na krawędzi lodu i wody, a kilka sztuk odpoczywało na lodzie… Różne odcienie szarości na Wigrach, schodzący śnieg, odrobina deszczu w przelocie i trochę mgły.
Dziewczyny szły wysokim brzegiem, a my po lodzie… Robiliśmy z Miłoszem na zmianę zdjęcia łabędziom  i wtedy usłyszałem krzyk orła. 
Siedział na lodzie i nie był sam. Dwa obok siebie i jeden nieco dalej…

fot. Miłosz, trzy orły na Wigrach

fot. Hubert, chłopaki nawołują uparte orły 
(wystarczy zmienić jedną literę by dowiedzieć się jak były uparte)

M: Próbowaliśmy z Filipem zrobić zdjęcia orłom, ale były daleko. Chcieliśmy zwabić je bliżej nawoływaniem: „orły do nas”, ale wcale nas nie słuchały i dalej siedziały. W końcu ten bardziej samotny odleciał i zostały te dwa wśród łabędzi.

fot. Miłosz, orły i łabędzie
 
H. Dziewczyny weszły na trop wilka. Odwilż sprawiła, że trop był bardziej czytelny ponieważ przebijała się ciemna ściółka, a to uwydatniało szczegóły. Trop mógł być nawet nocny, bo krawędzie (mimo padającego deszczu) były dość wyraźne.

M: Tata przybiegł do nas i powiedział, że mama znalazła tropy wilków. Poszliśmy tam i ja zacząłem się zastanawiać nad tym, że nie spodziewałem się, że zobaczę tropy wilka. Była to wataha licząca chyba kilka wilków, tak powiedział mi tata. 

fot. Hubert, trop wilka

H: Czemu wilki a nie psy? Po pierwsze duże łapy. Bardzo duże. Po drugie: kilka sztuk kluczyło między drzewami, ale co jakiś czas tropy łączyły się w „sznur” typowego przemarszu watahy. Idąc za nimi czułem wielką nieskrępowaną radość, co wyrażałem szerokim uśmiechem. Moim wielkim marzeniem jest spotkanie wilka na wolności właśnie u nas, ale nawet teraz czułem, że obcuję z prawdziwym symbolem nieokiełznanej wolności, a symbol ten wyraźnie mnie gdzieś wiódł.  

fot. Hubert, "sznur" wilczych tropów

fot. Hubert, a tak wilk przemykał między gałęziami

H: To obcowanie doprowadziło mnie do kolejnego trupa łabędzia. Zdeptany śnieg przez wiele wilczych łap, jakieś rozgrzebywanie ściółki i trochę piór, kostek i część skrzydła. Pierwsza myśl: ptaka upolowały wilki. Mamy winnego. Zszedłem po tropach nad jezioro i tu kolejne zaskoczenie… kilka wilków wyraźnie biegało po lodzie… czyli  jednak to one tego łabędzia… a może wilki tylko tu przywędrowały zwabione zapachem truchła, a zabójcą jest ktoś inny… Kilka lat temu mało kto słyszał o wilkach w tej okolicy… a trupy były. Sam nie wiem.

fot. Hubert, skrzydło łabędzia i tropy

fot. Hubert, tropy na jeziorze, gorzej zachowane, bo pod śniegiem była już woda

H: Najłatwiej oskarżyć wilki. Wiele lat to już robiono, czego dowodem są liczne stereotypy, irracjonalne lęki wywołane już samym słowem, a co dopiero desygnatem. Trzebiono zatem wilka na potęgę, bo traktowano go jak rywala. Potencjalnego zabójcę, którego trzeba wyeliminować zanim zrodzi mu się w głowie myśl o zabiciu zwierza płowego, domowego, czy wreszcie samego człowieka.
Pomija się fakt, że o przypadku ataku na człowieka nikt nie słyszał… No bo chyba obrazy, na których  Alfred Wierusz Kowalski przedstawił watahę atakującą sanie, nie stanowią dowodu...  a właściwie stanowią  dowód, ale raczej właśnie tych stereotypów i lęków samego autora.
Fakty są takie, a pseudomyśliwi wciąż do wilków strzelają, tak jak Sarnetkach nie tak dawno temu. Tej zimy kolejny wilk przegrał z mitem.

Lektura książki Adama Wajraka „Wilki” skutecznie i ostatecznie mnie „odstraszyła”, a właściwie potwierdziła  moje wcześniejsze odczucia. Nie mam lęków przed wilkiem. Ja.
Jednak Hania wyraźnie się zdeklarowała, że te małe tropy są „słodziutkie”, a te większe jej się wcale nie podobają i już chce wracać do samochodu. Czerwony Kapturek zrobił swoje.

H: Na szczęście zgubiłem rękawicę Miłosza. Miałem potrzymać, a zgubiłem. Pretekst do powrotu ranną porą zatem się znalazł. 

fot. Miłosz, powrót we mgle po dawnej drodze ośrodka wczasowego, a zmrok zapadał...

fot. Miłosz, i jeszcze jedno szare na koniec tego szarego dnia... 
w domu zapytałem Agnieszkę, który z nas jest autorem... nie potrafiła powiedzieć.



Środa

H: Rano znów ruszyliśmy na Słupie. Tym razem tylko z Miłoszem. Większa mgła, więcej deszczu, więcej mroku. Wszystkiego więcej… tylko śniegu mniej.  Byłem ciekaw, czy wilki wróciły do łabędzia.

M: Dziś po drodze spotkaliśmy trzy stada saren. Widzieliśmy ich aż tyle, bo była brzydka pogoda i dla większości ludzi nie chciało się wychodzić z domu, a sarny to chyba wyczuły i powychodziły. Jeszcze nigdy nie byłem tak blisko saren. Po zrobieniu kilku zdjęć zachciało mi się pobawić z nimi w ciuciubabkę i gdy one patrzyły ja stałem, a gdy jadły, ja podchodziłem i tak w kółko. Chyba te sarny na polach są bardziej odważne od tych z lasu.

fot. Miłosz, sarna z pierwszego stada

fot. Miłosz, kozioł z pierwszego stada

fot.Hubert, kozioł z trzeciego stada

fot. Miłosz, mgliście ruszamy
 
H: Łabędzie wciąż były. Zmieniły trochę lokalizację, ale w największych skupiskach wciąż tkwiły na lodzie. Rękawica była zagubiona, ale się odnalazła. Nad jeziorem była i byli też niestety wędkarze… Ich raczej należy wykluczyć z grona zabójców ptaka… oni raczej polują na coś innego. Jednak wilki z pewnością były już gdzieś daleko.

fot. Miłosz, odbija mu się

fot. Miłosz, nowy środek transportu lodowego (silnik w skrzynce)

fot. Hubert, i poszedł sobie…

fot. Hubert, nie tylko tropy po narciarzu, wilki też szły, ale drugim pasem

H: Szczątki łabędzia też były. W tym samym miejscu. Dokładnie obejrzałem kości i nie stwierdziłem na nich śladów po wilczym uzębieniu. No i dlaczego zostały te kości… A może wilki wcale nie lubią łabędzi i wolą jelenia… Dużo pytań. Mniej odpowiedzi. Początkowa pewność się rozmywa… tak jak śnieg i tropy na nim zapisane  (ale wciąż jeszcze czytelne).

M: Super było pobawić się w tropiciela i zgadywać, co w danym czasie robiły wilki. Wcale się nie bałem, bo wiedziałem, że one nic nam nie zrobią, bo jeżeli my je wypłoszyliśmy, to dawno ich tam już nie było. Po śladach widać, że niektóre wilki byłe małe, a niektóre tak wielkie, że łapy były takie same jak moja dłoń w rękawicy.

fot. Hubert, but o rozmiarze 45

fot. Miłosz, Tata tropiący
 
fot. Hubert, Miłosz tropiący



M: Wracaliśmy po lodzie nagle zobaczyliśmy jakieś zwierzę biegnące po lodzie. To była  wydra, która wracała na brzeg z jeziora. Trochę się rozczarowaliśmy, bo była daleko i myśleliśmy, że może wędkarze,  którzy tam poszli, spłoszą ją na nas, lecz tak się nie stało. Zanim weszła w trzciny udało mi się zrobić kilka zdjęć we mgle.

 fot. Miłosz, wydra w szarościach

fot. Hubert, odpuszcza przy brzegu pod jałowcem (kulki na lodzie to owoce)

H: Wydrę też bym wykluczył z kręgu podejrzanych. Gustuje raczej w rybach, a nie w wielkich ptakach… Na głodną i krwiożerczą bestię raczej nie wyglądała… Tak sobie pomyślałem, ale konsultacja z Wojtkiem (wszystkowiedzącym o stworach) jednak znów namieszała w mojej głowie. Okazuje się, że wydra i ptakiem nie pogardzi. Ze zdrowym łabędziem raczej nie wygra (ta wydra), ale z osłabionym… Czyli może jednak to jest zabójca… Tylko, że ten ssak nie pociągnie tak dużego ptaka w las… chyba, że to jakaś nieformalna spółka, gdzie każdy każdego okrada…  Kolejne wątpliwości zatem.
Wydra czmychnęła, a na horyzoncie znowu orły. Znowu siedzą na lodzie. Znowu czekają nie wiadomo na co...

M: Wczoraj widzieliśmy trzy orły. Dzisiaj znów siedziały prawie w tym samym miejscu, tylko że tym razem dwa. Jeden z nich był bardzo nerwowy, bo chyba nas zobaczył i co chwilę gdzieś podlatywał. Dziś co prawda była trochę słabsza widoczność, ale też było fajnie zobaczyć te piękne ptaki.

H: Orły też są w kręgu podejrzenia. Jak już wspominałem, kiedyś spłoszyłem je w niemal tym samym miejscu z truchła łabędzia leżącego na lodzie. Może dlatego tak siedzą, bo czekają na okazję. Wypatrują oznak słabości łabędzi, naturalnego zejścia… albo wydry, która załatwi brudną robotę za nie… Jakieś to podejrzane…

fot. Miłosz, mglisty orzeł nad łabędziami

fot. Miłosz, jeszcze bardziej mgliste orły wciąż czekają
  
M: Wracając zatrzymaliśmy się, bo sarny z pierwszego stada znów wróciły na to samo miejsce i mogłem na koniec zrobić kolejne zdjęcia. Podchodziłem do nich w linii prostej, a one patrzyły na mnie, ale tak jakby nie widziały. W końcu jednak się spłoszyły.

fot. Miłosz, sarna z pierwszego stada spotkana ponownie

 fot. Miłosz, skok synchroniczny "na przednich nóżkach"


H: Śnieg zniknął dziś niemal zupełnie, tropy wilcze pewnie też. Nie znikają jednak stereotypy.
Może to nie wilki zabiły i zjadły łabędzia… pewnie to był lis. On lubi ptactwo wszelakie, po kurnikach śmiga,  taki chytry jakiś i do tego rudy…

Stereotyp jest dobry na wszystko.

5 komentarzy:

  1. Silnik w skrzynce-dobre

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziś byliśmy w tym samym miejscu i jest świeży trup. Też łabędź...

    OdpowiedzUsuń
  3. No na to wygląda...swoją drogą ciekawe ki czort się uparł na te łabędzie. Ten leży kawałek od brzegu, tuż przy ścieżce -niedaleko osady Słupie II na Półwyspie Dąbek.
    Pozdrawiamy!
    Agnieszka i Janek z Zosią ( też 11 lat��)

    OdpowiedzUsuń
  4. Wydaje mi się, że łabędzie są łatwym łupem gdy śpią... Dzięki za monitorowanie :)

    OdpowiedzUsuń