piątek, 17 sierpnia 2018

O tym jak dziś spławiliśmy Marcina Mellera. W Czarnej Hańczy.


H: Spotkaliśmy Marcina Mellera. W Budzie Ruskiej u Piotrka Malczewskiego na festiwalu literackim Patrząc na Wschód. To nawet logiczne, bo Marcin pisze książki, pisze do gazet (i występuje w różnych mediach).  Mniej logiczne jest to, że udało się go namówić na spłynięcie Czarną Hańczą… pod wodą. Nie przypuszczałem, że tak łatwo mi pójdzie spławienie Marcina Mellera. Dziś zatem o tym… czyli jak zwykle (niemal) strumień świadomości, trochę zdjęć, a nawet filmik ze spływu z Marcinem.

fot. Piotrek Malczewski... już po spławieniu
 

H: Jestem leniwy. Nie chce mi się jeździć daleko na spotkania z (nawet) ciekawymi ludźmi. Moja strategia jest następująca: poczekać. Może sami przyjadą na Suwalszczyznę.  Tak miałem np. z Filipem Springerem (zobacz opis spotkania), Olgą Tokarczuk (w Krasnogrudzie), Wojciechem Jagielskim (rok temu na tym samym festiwalu), Tomkiem Organkiem (zobacz opis spotkania). Czasem gości sam zapraszam do nas np. Pawła Młodkowskiego (zobacz opis), Bartosza Stróżyńskiego (zobacz opis spotkania), a na kilka osób mam jeszcze pomysł. 
To nad Czarną Hańczą spotkałem  Olka  Dobę (który przypadkiem został ojcem chrzestnym naszej kanadyjki - zobacz opis spotkania ). Wyjątek zrobiłem dla Jacka Kleyfa (bo pojechałem do Górala na festiwal  na Karczaku) i Adama Wajraka, którego dopadłem na spotkaniu autorskim… u Radka (tego, który robił zdjęcia… na  zdjęciach poniżej), jak jeszcze pełnił funkcję dyrektora tamtejszej biblioteki. Ale Karczak  (nad Biebrzą) i Stare Juchy, to w sumie jeszcze Jaćwież, czyli może nie traktujmy tego jako wyjazd. No dobra… do Wajraka pojechałem do Teremisek (ale nie wiedziałem czy będzie… a był – zobaczopis spotkania w Puszczy Białowieskiej).

No a teraz u nas Marcin i Anna (Dziewit) Meller. 

No i po co opuszczać Suwalszczyznę? (ja się pytam). Sami przyjeżdżają… i mnie rozleniwiają jeszcze bardziej.  

fot. Hubert, Piotr Brysacz - prowadzący, Anna Dziewit - Meller i Marcin Meller. Wczoraj na spotkaniu w ramach Festiwalu literackiego Patrząc na Wschód
 



H: Piotr Malczewski (gospodarz w Budzie Ruskiej i nasz serdeczny kumpel) i Piotr Brysacz (w skrócie Piotry), już czwarty raz robią (piszę  w tej formie, bo festiwal jeszcze trwa do niedzieli) akcję, która do tuzinkowych nie należy. Mało tego. Patrzę sobie z boku i widzę, że jest coraz więcej wszystkiego. Rozrasta się liczba odbiorców i  gości, i  atrakcji, i nawet powstał Paśny Buriat wydający kolejne pozycje książkowe warte uwagi. Widzę też, że u zaproszonych gości czasem występuje reakcja szokowa, że w takim miejscu… w takich czasach… takie rzeczy. 

fot. Hubert, Radek robi zdjęcia.  Tak ma. I taki paradoks: Radek ma mało zdjęć. Bo on je robi, a nie na nich jest. 
 

fot. Hubert, ludzie pozują do zdjęcia Radkowi... a ja się podłączam. Taki festiwal!

 H: Tak już mam na festiwalu u Piotrów, że czasem jako pierwszy witam gości. Rok temu to ja pierwszy uścisnąłem rękę Wojciecha Jagielskiego, który zapytał pierwszego napotkanego festiwalowicza (czyli mnie), czy dobrze trafił. A wczoraj pierwszy dopadłem Marcina przed samochodem (bo właśnie wparowałem na parking z kajakiem na ramieniu po krótkim spływie testowym).  Za każdym razem był to przypadek… (nie sądzę). Ciekawe kogo dopadnę na przedpolu za rok…
 

Marcin Meller jest dziennikarzem i objawia się w wielu mediach (pisanych i wizualnych). Jest autorem książek, często wypowiada się na różne tematy, a język ma kwiecisty i (czasem) dosadny. Można poczytać jego felietony, by zobaczyć, że każdej opcji politycznej się dostaje… ale nie bez przyczyny. Bo na to żeby być zauważonym przez Mellera, to trzeba sobie zasłużyć. Niestety są tacy, którzy usilnie starają się być zauważeni. No i są.

Nie muszę się zgadzać ze wszystkim co pisze Marcin. Przykład pierwszy z brzegu… ocena Janusza Palikota (a w „Sprzedawcy arbuzów”  trochę mu się dostało). Nie znam człowieka, choć ma dom w Suwalskim Parku Krajobrazowym i kilka razy nad nim latałem (i nad domem i nad Palikotem). Przez cały czas jego politykowania miałem wrażenie, że to performance. Że w pewnym momencie on krzyknie: mam was. Że to gra. Gęba gombrowiczowska, którą sam sobie nadał. Taka forma demaskowania polityki jak (chyba) zrobił Michael Moore wystawiając roślinę w jakichś wyborach w USA (z całkiem niezłym wynikiem). Kilka razy spotkałem Palikota na szlaku w SPK, kilka zdań zamieniłem  i wydawał mi się niezwykle ciekawym człowiekiem… Może się mylę.

Ale Marcin nie ma monopolu na prawdę i o tym wie. On szuka. Gorzej z tymi, którzy nie wiedzą i nie szukają… ale to już fanatyzm.
Ostatnio poszła dość mocna  wymiana odnosząca się słów Marcina w jakiś sposób wyrwanych z kontekstu. Klasyczna piana na ustach i wzburzenie grup szczególnie „patriotycznych” (cudzysłowu użyłem z premedytacją). I tu taki wniosek… nauczyłem się prze lata, żeby nie wierzyć politykom (to tak trochę też od Tiltu), nie wierzyć mediom (żadnej strony). Jeżeli czytam (czy  słyszę), że ktoś coś powiedział kontrowersyjnego… to staram się dotrzeć do źródła, do całej wypowiedzi, do przyczyn… a potem oceniam (i często wtedy ten balon pęka).  Ale takie podejście wymaga wysiłku, a nie każdy  chce się męczyć. Prawda czasu. Prawda ekranu. Gówno prawda (nie tylko księdza Tischnera). I taki apel na koniec tej myśli (a bo i festiwal literacki wszak): czytajcie, a będzie Wam dane zrozumieć więcej.

Marcin do Budy Ruskiej trafił z racji książki napisanej wspólnie z Anną (żoną). Przypadek, albo szczęśliwy traf (szczególnie dla mojej córki)  sprawił, że ten duet autorski pojawił się u Piotrów wczoraj. I właśnie klimatów gruzińskich dotyczyło to spotkanie.
Opowieści barwne. Atmosfera niezwykle rodzinna, bo dzieci wokół mnóstwo. A duet zsynchronizowany, który w jakiejś mierze ponosi odpowiedzialność za to, że wielu Polaków obiera Gruzję jako kierunek swoich podróży. Spotkanie niezwykle udane. Kolejne u Piotrów.


fot. Hubert, i jeszcze jedno. Radek nie pęka (jak dach) jak robi zdjęcia. (P.S. A na pierwszym planie też Piotr, ale Bagiński. Rozmarino jakby co...

H: Założyłem się z Miłoszem, że przekonam Marcina Mellera  do spłynięcia z nami pod wodą. Miłosz był sceptyczny … ale w sumie dość sprytnie to rozegrałem, bo stawką było to, kto będzie robił zdjęcia podwodne podczas tej akcji (mamy niestety jeden aparat). Gdyby Marcin się nie zgodził… to Miłosz robiłby zdjęcia. Taki jestem szczwany.

M: Tata powiedział mi, że dziennikarz, którego czasem widzę w telewizji, Marcin Meller będzie w Budzie Ruskiej na festiwalu. Powiedział mi, że chciałby spróbować spłynąć z nim po Czarnej Hańczy pod wodą. Wydawało mi się to niemożliwe, żeby taki człowiek chciał wchodzić z nami do wody i nurkować.
Jednak co się okazało. Gdy tata wrócił wczoraj ze spotkania, to powiedział mi, że niestety przegrałem zakład, bo jutro płyniemy z Marcinem Mellerem.

H: Czy było łatwo przekonać Marcina? Nie.
Kilka dni przed jego przyjazdem zaatakowałem na FB słowami: „Czy (na festiwalu) będę mógł zrobić z Panem zdjęcie?”
Niestety Marcin odpisał. A to zawsze jest (niepotrzebne) ryzyko... bo wtedy ja odpisuję. Lepiej ignorować. No ale się odpowiedziało... dlatego wyjaśniłem (w kolejnej wiadomości), że chciałby to zdjęcie zrobić w Czarnej Hańczy… No i nie byłem pewny co dalej. Do wczoraj.


M: Ubraliśmy się w pianki, choć było trochę ciężko i weszliśmy do wody. Pan Marcin zapytał mnie czy ja pierwszy raz tak spływam i nie wiedziałem co powiedzieć, bo w sumie nie pamiętam już ile razy tędy pływałem, a czasem nawet z butlą mi się zdarzało.
Po kilkudziesięciu metrach wynurzyliśmy się na chwilę i  usłyszeliśmy od pana Marcina, że jest pięknie i chyba już zrozumiał,  o co chodziło nam z tą  Amazonką. Przejrzystość jednak nie była zbyt  dobra, ponieważ ostatnio sporo padło, ale nie chciałem martwić pana Marcina i mu tego nie powiedziałem.

Kiedy dopłynęliśmy do Zakola zaczął się dość trudny odcinek. Było tam dużo roślinności i nie było widać głównego nurtu. Czasem roślinność była tak bujna i gęsta, że trzeba było się po niej czołgać, bo nie było innej opcji. Potem było już łatwiej.

fot. Hubert,  tam gdzieś w lewym rogu jest nasz gość

fot. Hubert, a Miłosz spogląda

fot. Hubert, spogląda też Marcin
  

fot. Hubert... i tu też...
 

fot. Hubert ławica uklei 

fot. Hubert, kłącze grążela. Duże
  

fot. Hubert, Marcin i Miłosz w tle
 

fot. Hubert. Głębiej już ciemniej... po lewej nawis zacienia rzeczywistość
 

fot. Hubert, prawie skończyliśmy pod mostem (jeszcze z 60 metrów do Piotra)

M: Na koniec spływu spotkaliśmy jeszcze Piotrka Malczewskiego, który w samych kąpielówkach do nas podpłynął. Śmiesznie to wyglądało, bo my ubrani w pianki, a on nie.

H: „Wygląda jak cywil”. Jakoś tak skwitował to Marcin.

fot. Hubert, Piotrek "na cywila" w Czarnej Hańczy. Kozak.
 

fot. Hubert, koniec przygody
 

H: A teraz szybki zapis filmowy z  dzisiejszego spłynięcia. Film oczywiście z naszego  "jutubowego" kanału wzruszeń w80 sekund dookoła Suwalszczyzny... którego za bardzo nie chcecie oglądać. Jak wrzucimy na FB któryś z odcinków... to nawet 20 tysięcy wejść się trafi... a na YT nic. Co robić? Subskrybować, oglądać - a tu link bezpośredni https://www.youtube.com/channel/UC6_gCmxZPgdWEpTVzFPX1ng  

film: W nurcie Czarnej Hańczy. Z Marcinem Mellerem 
czas trwania: 80 sekund
zdjęcia i montaż: Hubert Stojanowski
muzyka: z "jutuba"...  a tytuł utworu... Under water

H: Dzięki festiwalowi Patrząc na Wschód poznałem Mellerów, Hania ma autograf Anny w książce „Damy, dziewuchy, dziewczyny. Podróże w spódnicy” (a powiem jeszcze, że czekając na autograf byłem chyba jedyną osobą, która tę książkę miała i nawet zapytania dostałem, czy jest do kupienia na stoisku. Taki byłem przewidujący i wziąłem od Hani)…

 A jak mam zdjęcie (a nawet dwa) z Marcinem w Czarnej Hańczy. Misja wykonana. 

fot. Piotrek Malczewski... my 


H: Czy Marcin był zadowolony z takiej formy spływu? Mówił, że tak… Choć słowa czasem  mogą być kurtuazyjne… ale ja mam zdjęcie. Patrzę i widzę.  Chyba mu się jednak podobało...

fot. Hubert, zdjęcie zrobione po pierwszym wynurzeniu
 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz