wtorek, 3 maja 2016

Dzisiejsze nurkowanie w Pietronajciu, czyli przygoda na bezludnej wyspie.



H: Wczoraj był rodzinny wyjazd do Biebrzańskiego Parku Narodowego. Trochę zaskrońców, padalców i mnóstwo ptaków. Różnych. Ale o tym napiszemy za kilka dni, bo teraz kolejna wyprawa nurkowa w Wigierskim Parku Narodowym.  I słowo  ”wyprawa” jest tu jak najbardziej zasadne. 

M: Dziś pojechaliśmy nad Pietronajć. Moje zadanie polegało na robieniu zdjęć i filmowaniu, bo jutro jadę na wycieczkę do Warszawy i raczej nie mogę się przeziębić.

H: O fenomenie tego jeziorka już pisaliśmy (zobacz wpis o relikcie pingo). Wtedy nawet do głowy mi nie przyszło, że już za kilka miesięcy będę tu pływał.  A tu proszę…

fot. Miłosz, bezludna wyspa już nie jest bezludna...

H: Wydaje mi się, że nad Pietronajć nie ma żadnej drogi.  Co prawda weszliśmy na  jakiś stary zarys „drogopodobny”, być może po zrywce drzew, ale i tak na przeszkodzie są dwie rzeki: Wiatrołuża i Maniówka. Czyli dziś idziemy kawałek po zupełnym bezdrożu... ze sprzętem pod górę. Nikt nie mówił, że będzie lekko...

M: Dziś byłem kamerzystą i kręciłem głównie  szerokim kątem, ale też robiłem zdjęcia.  Jak szliśmy do jeziora, to też trochę nagrywałem. Był z nami pan Paweł i pomagał nieść sprzęt Łukaszowi. Emil musiał sam wszystko robić i wracał jeszcze po butle do samochodu. Może dlatego potem słabiej mu poszło w konkursie łuczniczym.

fot. Hubert, przeprawieni, przeprawia, będę przeprawiał się...

M:  Rozłożyliśmy się ze sprzętem. Tata , Łukasz i Emil weszli do wody, a ja zostałem i kręciłem przebitki. Kiedy próbowałem filmować  z brzegu, to zaczepiłem się o gałąź szyją, a gdy się odwróciłem, to  znów się zaczepiłem, tylko że teraz uchem i  je rozciąłem. Tata potem powiedział, że ofiarnie pracowałem.

H: Dziś tylko w męskim gronie, bo Ewa na Malcie sobie nurkuje... jakby nie mogła w Pietronajciu...

 fot. Hubert, tak... tu będziemy za chwilę...


fot. Hubert, Miłosz przy pracy...

fot. Miłosz, nie dość że filmuje, to jeszcze robi zdjęcia...  ja tak nie potrafię...

fot. Miłosz, wchodzimy...

fot. Miłosz, jeszcze wchodzimy...


H: Kilka razy latałem nad Pietronajciem i zawsze widziałem (niemal) na środku wyspę. Początkowo myślałem, że to fragment pła (taka pływająca otulina wokół sucharów), które się oderwało i dryfowało.  No właśnie. W słowie „dryfowało” jest jakiś element ruchu, a wyspa od kilku lat wciąż była w tym samym miejscu.  Teraz miałem okazję sprawdzić to zjawisko. Wylazłem zatem na wyspę, która ewidentnie była bezludna przed moim wejściem.  Ponieważ nasz projekt jest także badawczy… to zacząłem badanie. Co tam zastałem: skorupy  i jedno jajo kompletne, ale bez wyraźnych śladów jakiegokolwiek gniazda. Wydaje mi się, że kaczka je tu pozostawiła. Na samym środku klasyczna i dość stara… kupa, jakiegoś drapieżnika (z włosiem nieprzetrawionym). No i jeszcze stary spławik...
Sama struktura wyspy dość stabilna, nawet za bardzo jak na pło. Na szczęście pojawili się kolejni badacze (sekcja butlowa). Zeszli pod, opłynęli wysepkę, dotknęli i stwierdzili, że konstrukcja oparta jest na  palach wbitych w dno. Po co ktoś, na środku jeziorka zrobił takie coś?

fot. Hubert, ten mały punkt na wodzie to  nasza wyspa, zdjęcie z paralotni

fot. Hubert, jajo bez gniazda, a w tle skorupy...

fot. Hubert, a ci próbują wtargnąć na wyspę...

fot. Miłosz, to samo, ale inaczej...


H: Widoczność pod wodą wciąż słaba. Z utęsknieniem czekamy na poprawę warunków, a na razie kolejne rozpoznanie w boju. Opłynąłem fragment jeziorka tuż przy brzegu. Zawsze ciekawiło mnie jak wygląda pło od drugiej strony i teraz już wiem. Na zatopionych drzewach było mnóstwo niewielkich  pomarańczowych stworów. Takie małe coś z nogami. Próbowałem dookreślić na podstawie źródeł, ale coś słabo mi dziś szło. Mój system wyszukiwania (który już wcześniej opisywałem) się nie sprawdził. 

 fot. Hubert, takie małe pomarańczowe i chodzi po pniu... tu prawie gęsiego... Wodopójki, takie wodne roztocze. Oddychają tlenem rozpuszczonym w wodzie...

 fot. Hubert, chaos...

fot. Hubert, pło od drugiej strony

 fot. Hubert, pło od drugiej strony

fot. Hubert, pod wodą też wiosenne wzrosty...

 fot. Hubert,korzennie...

fot. Hubert, drzewiaste



 fot. Miłosz, wynurzeni z Pietronajcia...

M: Tata próbował pływać  także w rzece Maniówce obok tamy bobra, ale  powiedział, że tam jest więcej mułu niż wody. Pochodził trochę i wyszedł.

 fot. Miłosz, za tamą, po kolana w mule...

M: Przy samochodach zrobiliśmy konkurs z strzelania z łuku. Było naprawdę fajnie, bo każdy wykonał kilka serii po siedem strzałów. Trzeba było trafić w małą reklamówkę. Tylko ja trafiłem raz w sam środek. Drugie miejsce miał Łukasz, bo strzała wbiła się tuż przy celu i nawet go dotknęła. Tata nie strzelał w żadnej serii i na koniec wziął łuk i też trafił. Była dogrywka po dwa starzały, czyli kto będzie bliżej. W końcu wygrałem, bo byłem bliżej.

fot. Hubert, konkurs łuczniczy...

 M: Trafiliśmy idealnie, bo gdy wyjeżdżaliśmy zaczął padać deszcz.


GŁÓWNY PARTNER EKSPEDYCJI:

 SPONSORZY: 
  


wigry24.pl


PATRON LOKALNY:

 suwalszczyzna.net
PATRONATY MEDIALNE:  

PATRONI  I SPONSORZY SPRZĘTOWI:





2 komentarze:

  1. Zazdraszczam niezwykłych wrażeń. Jezioro genialne.

    OdpowiedzUsuń
  2. Genialne. Też tak to odbieram :)

    OdpowiedzUsuń